O tym, że szkoła to nie monolit, a nauczyciel nie jest jej jedynym fundamentem

Drukuj

Nie pierwszy to raz cudzy tekst zainspirował mnie do podzielenia się moimi refleksjami, jakie zrodziła jego lektura. Tym razem owym „pretekstem” jest post na blogu Katarzyny Lubnauer, zatytułowany „List do nauczycieli. W Was nadzieja!”

15 października, moja Szacowna Sąsiadka na blogu, Pani Poseł Katarzyna Lubnauer, zamieściła okolicznościowy (z okazji Dnia Edukacji Narodowej) post, zatytułowany List do nauczycieli. W Was nadzieja! Nie zareagowałem na jego treści zaraz po jego przeczytaniu, gdyż w owej świątecznej atmosferze nie chciałem „kwasić” podniosłego nastroju dorocznych obchodów Dnia Nauczyciela, jak potocznie jest ów dzień nazywany. Oto fragmenty owego Listu do nauczycieli, które wzbudziły moją reakcję…:

[…] Chcę Wam natomiast powiedzieć, że szkoła – silna siłą Was, tych którzy każdego dnia stają przed uczniami – przetrwa każdą, nawet najgorszą, reformę. To Wy jesteście fundamentem, na którym stoi. Fundamentem stabilnym i mocnym, którego nie wzruszą ani naciski, ani zmiany programów, ani nawet zmiany na liście kanonu lektur. Kierowani swoim niezawodnym, pedagogicznym instynktem najlepiej wiecie czego nauczać dzieci i młodzież, w jaką wiedzę ich wyposażyć i jakie idee w nich zaszczepić.[…]

W Was nadzieja!

To nie pierwszy raz w naszej historii, gdy władza poprzez szkołę chce wpływać na stan umysłów młodych Polaków i kształtować pożądane przez siebie, zwichrowane postawy. Na szczęście zawsze jednak, dzięki mądrości i odpowiedzialności Nauczycieli i Wychowawców, zakusy te kończyły się klęską.

I dalej Katarzyna Lubnauer  powołała  się  na List Otwarty z 14 czerwca 1980 roku , w którym z apelem do nauczycieli i wychowawców zwróciło się Towarzystwo Kursów Naukowych. Pani poseł  stwierdziła, że historia zatoczyła koło i że nauczyciele muszą znowu, bardziej niż zwykle, być wyczuleni na wszelkie przejawy i próby deformacji szeroko rozumianej prawdy…

Od daty publikacji tamtego tekstu  mijały tygodnie, treść cytowanego postu nadal tkwiła w mej pamięci, a niemal  każdy kolejny dzień dostarczał mi mniej czy bardziej „twardych” dowodów, że rzeczywistość w szeregach nauczycielskiej profesji nie jest tak różowa, jak chciała to widzieć Pani Poseł Lubnauer. Pewnie Autorka tamtego tekstu, podobnie jak ja, także zna rzeczywisty obraz sytuacji w środowisku nauczycieli, najprawdopodobniej napisane tam zdania powstały „ku pokrzepieniu nauczycielskich serc”, może miała to być taka samosprawdzająca się prognoza… Nawet jeżeli tak było, postanowiłem – na tej samej platformie komunikacji społecznej, jaką jest to „wolne blogowisko” – zaprezentować bardziej realistyczny obraz sytuacji, w jakiej przyszło realizować się zawodowo współczesnym nauczycielkom i nauczycielom.

Bo pierwszym etapem każdej skutecznej terapii jest dobra diagnoza choroby.

Na początku trzeba sobie uświadomić, że tych ponad 600 tys. osób pracujących w polskich przedszkolach, szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych, to nie jest „armia rycerzy niezłomnych”. Są to kobiety i mężczyźni, którzy „za te polskie dwa tysiące” (netto) muszą wiązać przysłowiowy „koniec z końcem”, co nie jest takie proste, zwłaszcza, gdy ma się dzieci, gdy prowadzi się samodzielnie gospodarstwo domowe, nie jest takie proste także wtedy, gdy ta druga osoba z którą się mieszka też jest w podobnej sytuacji dochodowej… Nie można potępiać nikogo, kto postanowił „siedzieć cicho”, „nie wychylać się”, aby tylko nie stracić pracy.

Kolejnym faktem, znacząco wpływającym na zachowania nauczycieli na lekcjach, ale także podczas posiedzeń rady pedagogicznej, jest zróżnicowanie ich sympatii politycznych. Ta  licząca setki tysięcy zbiorowość zawodowa (świadomie nie użyłem pojęcia „środowisko”) jest tak samo spolaryzowana w stosunku do rządzącej partii, jak całe społeczeństwo naszego kraju. Są więc w nauczycielskich szeregach nie tylko zwolennicy poprzedniej koalicji rządowej – dziś „totalnej opozycji” albo nowej „Nowoczesnej”, ale także – i to prawdopodobnie w podobnym procencie jak pokazują to powszechnie prowadzone badania sondażowe poparcia – zwolennicy i sympatycy rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość. I u  nich apel posłanki Lubnauer nie znajdzie zrozumienia, ba – może nawet spowodować „utwardzenie” ich stanowiska!

Ale jest jeszcze jedna „frakcja” – w moim rozeznaniu – najliczniejsza. Mam problem z jej nazwaniem, bo nie jest moim zamiarem ich terminologiczne deprecjonowanie i stygmatyzacja. Nazwę ich – na użytek tego tekstu – „bezpartyjnymi branżowcami”*. Nie wnikając, czy ta ich postawa wynika z lęku czy rzeczywistej neutralności – są to osoby, które nie tylko mówią: „my się polityką nie zajmujemy”, ale także w codziennej praktyce szkolnej realizują strategię „państwowca” – w rozumieniu „lojalnego wykonywania pracy zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa”.

Są – oczywiście jak w każdym środowisku – także karierowicze. Ci – jeśli już pełnią funkcje w strukturach oświatowych, które powierzyła im poprzednia władza – będą chcieli nadgorliwością w realizowaniu pisowskiej deformy udowodnić swoją lojalność i przydatność. Jeśli od lat nosili w bagażu podręcznym „buławę dyrektorską” i dotąd nie udało się im awansować – teraz będą chcieli „zabłysnąć” w oczach nowych decydentów. Ale  ta kategoria nauczycieli na pewno nie była adresatem „Listu otwartego” Katarzyny Lubnauer.

 

Otóż moja diagnoza środowiska nauczycieli jest właśnie taka: nie ma takiej, jednorodnej, kategorii, określanej terminem „nauczyciele”, którzy mogą być „fundamentem stabilnym i mocnym, którego nie wzruszą ani naciski, ani zmiany programów, ani nawet zmiany na liście kanonu lektur.” Oczywiście – apel taki można i trzeba kierować  do zdeklarowanych przeciwników wdrażanych w szkołach zmian strukturalnych, programowych oraz lansowaniu przez MEN  nowych systemów wartości i wzorów osobowych. To, że oni to najprędzej podchwycą owo wezwanie i nie będą  obawiali w tej „sprawie” się zaangażować –  jest najbardziej prawdopodobne.

Prawdziwym wyzwaniem i zadaniem dla liderów opinii publicznej jest dotarcie z takim programem „małego sabotażu” do owych „bezpartyjnych branżowców”.  To w nich trzeba obudzić potrzebę „przyzwoitego zachowania się” w sytuacji, gdy otacza ich „propaganda sukcesu” nowego wcielania „władzy ludowej”, która –  dla niepoznaki – legitymizuje się słowem „suweren”.  A co, moim zdaniem, może ich do tego ruchu oporu przekonać i dać im poczucie, że „ktoś za nimi stoi”? Nie tylko posłanka Katarzyna Lubnauer?

Taką siłą sprawczą i wsparciem nie do przecenienia mogą i powinni stać się, świadomi destrukcji czynionej przez PiS światu ich dzieci, rodzice uczniów!**  Bez tych sojuszników nauczyciel nie ma szans na skuteczne działania w  „edukacji drugiego obiegu”. To rodzice, a w szkołach ponadpodstawowych także prawie już dorośli uczniowie, stanowić powinni,  działając w pełnej jedności z nauczycielami, siłę, która  nie pozwoli na zniszczenie zdrowego, progresyjnego środowiska edukacyjnego naszych szkół, która będzie gwarantem przeniesienia do „lepszych czasów”  tego wszystkiego, co w polskiej szkole warte jest zachowania i wspólnego poszukiwania nowych, dostosowanych do cywilizacyjnych wyzwań przyszłości , niezbędnych do przeprowadzenia, reform!

 

 

*Termin „.nauczyciel branżowiec” po raz pierwszy zastosowałem dla określenia tej kategorii nauczycieli w moim „eseju-felietonie” z dnia 25 czerwca  2017 roku, zatytułowanym „Refleksje starego praktyka. Cz. 1. Typologia nauczycieli”

 

**O potrzebie pozyskania sojuszników w gronie rodziców podczas  rzeczywistego reformowaniu szkoły pisałem  obszerniej 6 sierpnia 2017 roku w tekście Rodzice uczniów najważniejszym sojusznikiem zmiany”

Czytaj również